|
Co najmniej 10 radiowozów, trzy wozy straży pożarnej, straż miejska, pogotowie i uzbrojona po zęby ekipa Biura Operacji Antyterrorystycznych. Przez kilka godzin przed blokiem przy Noskowskiego na warszawskim Służewie rozgrywały się sceny niczym z filmu kryminalnego. Wszystko przez mężczyznę, który chcąc uniknąć zatrzymania, groził skokiem z balkonu mieszkania na czwartym piętrze. Antyterroryści wyprowadzili go kilkanaście minut po godz. 20. WIĘCEJ ZDJĘĆ!
Zatrzymany mężczyzna to 33-letni Paweł P. Był poszukiwany listem gończym. Ma do odsiadki 2,5 roku za paserstwo, poszukiwał go również Wydział Terroru Komendy Stołecznej Policji.
Mokotowscy policjanci od rana obserwowali mieszkanie na Noskowskiego. Mieli informację, że ukrywa się tu poszukiwany przestępca. Kiedy ten zorientował się, że w budynku jest policja, zamknął się w środku razem z właścicielem mieszkania, a sam wyszedł na balkon i groził, że użyje broni. Co kilka minut przymierzał się do skoku. Jednocześnie krzyczał do właściciela mieszkania, zakazując mu wpuszczania kogokolwiek.
Po godzinie 17 na Noskowskiego były już trzy wozy strażackie i pogotowie. Chodniki wokół bloku zostały obstawione przez policję - nikt nie mógł tamtędy przechodzić, bo istniało niebezpieczeństwo, że desperat stojący na krawędzi balkonu posiada broń. Strażacy rozłożyli pod balkonem poduszki powietrzne, od strony okien w gotowości był cały czas wóz z wysięgnikiem. Co kilka minut na Służew zjeżdżały kolejne radiowozy. Pojawili się także funkcjonariusze BOA, którzy z łomami i sprzętem do taranowania drzwi, wszyscy uzbrojeni, obstawili klatkę schodową.
Z mężczyzną cały czas próbowała rozmawiać grupa negocjatorów. W tym czasie antyterroryści rozważali różne warianty akcji. Jeden z planów zakładał wejście przez balkon, bo po blisko dwóch godzinach stania na zimnie, Paweł P. schował się do mieszkania. "Ostatecznie sam otworzył drzwi" - mówi Radiu Służew Marcin Mrozek z biura prasowego Konedy Stołecznej Policji. "Ani jemu, ani właścicielowi mieszkania nic się nie stało" - dodaje. Okazało się także, że Paweł P. nie miał żadnej broni.
Cała akcja zakończyła się kilkanaście minut po godzinie 20. Mężczyzna został wyprowadzony w kajdankach i zabrany przez policję. Policjanci musieli jeszcze
uspokajać kobietę, która wyzywała funkcjonariuszy za to, że nie pozwolili jej się pożegnać z zatrzymanym. Kiedy zorientowała się, że Paweł P. został wyprowadzony, zaczęła krzyczeć i walić pięściami w skrzynki na listy.
W mieszkaniu jeszcze przez godzinę pracowali kryminalni, którzy robili dokładne przeszukanie.
Jeszcze nie wiadomo czy i jakie konsekwencje poniesie Paweł P. za swój dzisiejszy występ. "Za wcześnie aby o tym mówić" - kwituje Marcin Mrozek.
Policyjna akcja dotkliwie dała się we znaki mieszkańcom Noskowskiego. Niektórzy przez dwie godziny nie mogli dostać się do mieszkań. "Mam małe dzieci! Proszę mnie wpuścić" - prosiła jedna z kobiet. Cierpliwość tracili także kierowcy, którzy nie mogli wyjechać z parkingu zupełnie zatarasowanego radiowozami.
Mieszkańcy bloku prześcigali się w domysłach. "On był nieszczęśliwie zakochany w córce małżeństwa, które tu mieszka. Ale to porządni ludzie" - mówili jedni. "Z samymi kryminalistami się zadawali" - zaprzeczali drudzy. Nikt jednak nie chciał wypowiadać się inaczej, jak anonimowo.
Właścicielka mieszkania i bliscy mężczyzny, którzy zjawili się na Noskowskiego, nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami.
kas
|