|
Nazywamy ją "Smródką" i nawet nie pamiętamy czasów, kiedy rzeczka była czysta. Potok Służewiecki to nie tylko źródło frustracji spacerowiczów - to również tykająca bomba zegarowa. Związki azotu, metale ciężkie, plamy oleju, plastikowe butelki i inne śmieci doprowadziły do absurdalnej sytuacji - środkiem Warszawy płynie ściek i nikt z tym nic nie robi. Kto jest za to odpowiedzialny? Władze miasta rozkładają ręce. My nie zamierzamy.
Teoretycznie wszystko wiadomo: do Potoku Służewieckiego na całej jego długości wpada blisko setka rur i kanałów odprowadzających deszczówkę z pięciu dzielnic Warszawy: Ochoty, Włochów, Ursynowa, Mokotowa i Wilanowa. Deszczówka spływa razem ze wszystkimi nagromadzonymi na ulicach zanieczyszczeniami. Do potoku trafia też woda z lotniska Okęcie.
Problem jednak w tym, że większość rur odprowadzających deszczówkę oficjalnie jest... niczyja. Za samą rzeczkę odpowiada wojewoda mazowiecki, a z jego ramienia Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych. Od zanieczyszczeń urząd umywa jednak ręce. "Żeby móc odprowadzać wodę do potoku, trzeba mieć nasze pozwolenie" - mówi Stanisław Wojciechowski, kierownik warszawskiego inspektoratu ZWiUW. "Takie pozwolenie ma np. Okęcie, które oczyszcza wodę. Większość rur nie ma jednak właściciela, bo Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji nie przyznaje się do nich" - dodaje nasz rozmówca.
Docieramy do Miejskiego Przedsiębiorstwa, a to ... również umywa ręce. "Nie można mówić, że nie przyznajemy się do kolektorów deszczowych. Po prostu nikt nigdy nam tej infrastruktury nie przekazał, nie mamy tego w ewidencji, więc nie możemy ponosić odpowiedzialności za coś, do czego nie mamy prawa własności" - mówi Radiu Służew rzeczniczka MPWiK Joanna Korzeniewska.
Co robią organa państwa, by ustalić odpowiedzialnego? Jak się okazuje na razie zrobiły niewiele.
Stanisław Wojciechowski opowiada, że prosił o pomoc prokuraturę. Większość ściekowych kanałów powstała jeszcze w czasach PRL, gdy nieliczni przejmowali się ekologią i komfortem mieszkańców. W świetle prawa nielegalne odprowadzanie ścieków jest przestępstwem. Żadnego śledztwa jednak nie było. "Sprawę szybko umorzono ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu" - mówi Wojciechowski.
Kto płaci cenę za bezczynność władzy? Najbardziej poszkodowani są mieszkańcy Służewa. "Tolerowanie takiego stanu powoduje, że Potok może doprowadzić do skażenia gleby i okolicznych wód" - mówi ksiądz Józef Maj, proboszcz parafii św. Katarzyny, który przeprowadził ewidencję nielegalnych ujść ścieków i również domagał się od władz działania. Nie pomogło nawet poruszanie sprawy w niedzielnych kazaniach. Potok jak śmierdział, tak śmierdzi, a eksperci wyliczyli w tym czasie, że jeśli z całego terenu wokół potoku naraz spływa woda, to jest jej cztery razy więcej, niż może pomieścić małe koryto. To jeszcze bardziej naraża tereny Dolinki na biologiczną dewastację. Konsekwencje tego, co dzieje się na całej długości potoku, boleśnie odczuwają nie tylko służewianie. Skarży się również dyrekcja Pałacu w Wilanowie, na terenie którego rzeczka ma swoje ujście. "W 2007 roku mieliśmy przecież głośną sprawę śnięcia ryb w Jeziorze Wilanowskim. Winny nie został jednak znaleziony" - mówi Wojciech Cibor, zastępca dyrektora wilanowskiego muzeum. "To nie do pomyślenia, że zanieczyszczony, śmierdzący potok powoduje, że musimy się wstydzić przed turystami, którzy nas odwiedzają. A najgorsze, że nie mamy na to żadnego wpływu" - ubolewa Cibor. Czy rzeczywiście nie ma żadnej nadziei na oczyszczenie potoku? Szansą może być podpisane w te wakacje porozumienie pomiędzy wojewodą, marszałkiem, prezydent Warszawy i dyrektorem wilanowskiego muzeum. List intencyjny "w sprawie likwidacji zagrożeń zlewni Potoku Służewieckiego" zakłada m.in. uregulowanie kwestii odprowadzanych do potoku ścieków. Na razie skończyło się na złożeniu podpisów pod listem. Ile trzeba czekać na konkretne działania, tego urzędnicy nie potrafią powiedzieć. Mogą jednak być pewni, że w tej sprawie nie damy im spokoju. kas |